prof. Joachim Grubich


Sorry, this entry is only available in Polish. For the sake of viewer convenience, the content is shown below in the alternative language. You may click the link to switch the active language.

Agnieszka Radwan-Stefańska: Pana nazwisko wpisane jest na trwałe w powojenną historię polskiej muzyki. Zdobycie prestiżowej pierwszej na-grody w Międzynarodowym Konkursie Wykonań Muzycznych w Genewie w 1962 roku oraz trwająca już ponad pół wieku niezwykle aktywna działalność koncertowa na arenie międzynarodowej uczyniły z Osoby Pana Profesora najbardziej godnego sukcesora i kontynuatora polskiej szkoły organowej, której ojcem był profesor Bronisław Rutkowski, rektor PWSM w Krakowie w latach 1955-1964. Nie mniej znacząco aniżeli w zakresie działalności koncertowej, zapisał Pan Profesor piękną i bogatą kartą w historii Akademii Muzycznej w Krakowie. Studiował Pan Profesor nie tylko organy pod kierunkiem Bronisława Rutkowskiego, lecz także fortepian w klasie prof. Ludwika Stefańskiego. Pokaźna lista absolwentów Pańskiej klasy organowej w krakowskiej uczelni, począwszy od roku 1972, tworzy ciągłość dziejów polskiej organistyki oraz zapisuje w znaczący sposób dzieje historii blisko półwiecza Akademii. Czy zechciałby Pan Profesor podzielić się ze społecznością Akademii Muzycznej swoimi wspomnieniami związanymi z obecnością w Uczelni, które na przestrzeni minionych dekad stały się Jego udziałem zarówno jako studenta, jak też później w roli pedagoga?

Joachim Grubich: Przywołując wspomnienia związane z krakowską uczelnią muzyczną, myśli moje koncentrują się głównie wokół studiów, które odbyłem w tejże uczelni w latach 1956-61. Gwoli przypomnienia – Państwowa Wyższa Szkoła Muzyczna mieściła się przy ul. Bohaterów Stalingradu 3, później ulicy tej przywrócono nazwę Starowiślna.

Lata studiów, choć niełatwe, stwarzające młodemu człowiekowi mnóstwo problemów egzystencjalnych, były mimo wszystko okresem wielu fascynacji i radości twórczej. Nie przypominam sobie, aby o uszy nasze obijały się narzekania i pretensje o to, że nie dane nam jest cieszyć się dobrami tego świata, i że podział dóbr jest wysoce niesprawiedliwy, a marzenia o sukcesach i pięknej, dostatniej przyszłości, jakby beztrosko odsuwaliśmy od siebie jak najdalej.

W postawie wielu kolegów-studentów wyczuwało się przywiązanie do wartości, powiedzmy, wyższych – o wymiarze transcendentnym, co też wcale nie oznaczało, że stroniliśmy od najrozmaitszych form rozrywki. Wtedy przecież „pełną parą” działały już Piwnica pod Baranami, Klub Jazzowy pod Jaszczurami, Kino Rotunda i mnóstwo innych instytucji, których zadaniem było dbać o dobry relaks i poszerzanie horyzontów myślowych i artystycznych.

Głęboko w pamięci zapisały się np. „Juwenalia”, rozbudzające u młodzieży studenckiej naszej uczelni nieprzeciętną pomysłowość w kreowaniu komicznych scen i zabaw. Nie będzie przesadą jeśli powiem, że tryskaliśmy znakomitym humorem i radością.

ARS: Jak wyglądała Pana Uczelnia?

JG: Uczelnia była dla wielu drugim domem, zwłaszcza dla tych, którzy skazani byli na zamieszkanie w domach studenckich. Ona stwarzała przyjazną, niemal rodzinną atmosferę. Niezwykłą gościnnością błyszczała kuchnia państwa Łukasiewiczów, którzy mieszkali na parterze uczelni i którzy z potrzeby serca raczyli swoją inwencją kulinarną każdego łaknącego posiłku, nie zapominając również o naszych szacownych profesorach. Tej domowej atmosferze sprzyjali zarówno pedagodzy i rektorzy, jak osoby piastujące funkcje w administracji – pośród których na plan pierwszy wysuwała się zza biurka niezapomniana pani Wanda Urbańska. A specyficznego kolorytu, z gruntu rzeczy szarej codzienności, nadawali nasi wspaniali portierzy. Wokół nich narosło mnóstwo pięknych anegdot, które przez lata przypominano przy okazji towarzyskich spotkań.

ARS: Podzieli się Pan którąś z nich?

JG: Na portierni najczęściej „urzędował” zacny pan Tchórzewski – postać niezwykle oryginalna, bardzo lubiana i chętnie nawiązująca rozmowę ze studentami. Któregoś słonecznego dnia pan Tchórzewski odebrał telefon od prof. Malawskiego, który zaniepokojony tym, że nie może znaleźć swoich okularów, prosił, aby sprawdzić, czy przypadkiem nie leżą w jego klasie. „Już się robi, panie Profesorze, już biegnę zobaczyć” – zapewnił pan Tchórzewski i poszedł sprawdzić. Po dłuższej chwili wraca, bierze do ręki słuchawkę i oznajmia – „proszę szanownego pana, profesora Malawskiego w klasie nie ma, już dawno wyszedł”.

Żywa wciąż jest też pamięć o profesorach, którzy swoją oryginalnością dostarczali nam przemiłych okazji do zdrowego, nieskrępowanego śmiechu. „Panie Grubich, czemu pan nazywa się Grubich, a nie Cienkich, ha ha ha” – usłyszałem, nisko kłaniając się profesorowi Aleksandrowi Frączkiewiczowi w korytarzu uczelni…

ARS: Wróćmy jeszcze na chwilę do historii…

JG: Pierwsze powakacyjne tygodnie 1956 roku obfitowały w burzliwe wydarzenia. Rewolucja węgierska i „polski październik” – wstrząsnęły światem. Żyliśmy w ciągłym napięciu. W akademiku na Pomorskiej nasłuchiwaliśmy przez „kołchoźniki” co też w trawie piszczy. „Kołchoźniki” były to głośniki, które emitowały określony program radiowy, program o charakterze wybitnie propagandowym. Nagła „odwilż” polityczna wszystkich nas zaskoczyła. Jak to w akademiku – młodzież potrafiła swój entuzjazm dla tych przemian wyrazić w sposób czasami aż nader dosadny. Język Władysława Gomułki w tym czasie odbierany był z powagą, a jego wystąpienia budziły pewne nadzieje. Jakkolwiek wśród studentów naszej PWSM trudno było znaleźć zagorzałych komunistów, to jednak trafiali się i tacy, o których można po-wiedzieć, że byli na czerwono „zabarwieni”. W moim przekonaniu bynajmniej nie okazywali się szkodliwi. Może się mylę, może nic o tym nie wiem. Mój kolega z klasy, współmieszkaniec, wyróżniający się specyficznym poczuciem humoru, po „kołchoźnikowych” wiadomościach dotyczących owych przemian politycznych w naszym kraju, niesiony nieopanowanym entuzjazmem i uczuciem tryumfu, któregoś dnia wpadł do sąsiedniego pokoju, w którym mieszkał jeden z owych na czerwono „zabarwionych” studentów i oświadczył mu, że jak podaje radio, komunistów będą od dziś wieszać. „Ja ciebie pierwszego powieszę” oznajmił mu. Adresata tych gróźb trzeba było długo uspokajać. Słowa te potraktował na serio. Śmiechu było co nie miara!

ARS: A jeśli chodzi o wspomniane przez Pana Profesora wydarzenia na Węgrzech w 1956 roku?

JG: Tragedia, jaka dotknęła Węgrów, nie była nam do śmiechu. Wywoływała u nas w szkole ogromne poruszenie. Uczelnia solidaryzując się z naszymi „bratankami”, postanowiła w tych ciężkich dla nich chwilach zadziałać w ten sposób, że zaproszono sporą grupę studentów, a także kilku profesorów budapeszteńskiej Akademii Muzycznej do Krakowa. Były to dni, kiedy na Węgrzech formował się nowy, nie komunistyczny rząd, w którym ministrem kultury i sztuki został znany kompozytor – Zoltán Kodály. Do Krakowa przyjechało kilkadziesiąt osób, strasznie psychicznie zmaltretowanych, przygnębionych, wstrząśniętych tym co przeżyli, co widzieli. My, krakowscy studenci, ofiarowaliśmy im wszystko, na co nas było stać . Okazało się, że największą dla nich wartością była nasza szczera przyjaźń, nasze serca i uczucia solidarności. Tylko tyle mogliśmy im ofiarować. Zachwyty Krakowem pozwalały im choć na kilka dni odsunąć myśli od koszmarów jakie tam u siebie przeżyli. Mnie, wspólnie ze Zbyszkiem Bujarskim, przypadła miła rola przewodnika po Krakowie dla dwóch wybitnych profesorów, z których jeden był uczniem Béli Bartóka, zaś drugi podobno Davida Poppera. Wkrótce po tym jak wszyscy powrócili do Budapesztu, nastąpił zdradziecki atak Kadara na legalny rząd węgierski. Kodály był zapewne zbyt znaną w świecie postacią, by komuniści odważyli się go potraktować jak Imre Nagy’ego, którego, jak wiadomo, rozstrzelali. Wiele lat później, kiedy gościłem w Budapeszcie z koncertami, dowiedziałem się, że obaj ci profesorowie już nie żyją, dowiedziałem się również, że pewne przesympatyczne małżeństwo, którym w Krakowie się opiekowałem, niestety się rozpadło.

ARS: Proszę powiedzieć, jaki był prof. Bronisław Rutkowski – Pański nauczyciel i Mistrz?

JG: „Martwię się, że nie ma zmartwień ze studentami” – zdanie takie nie raz padało z ust Rektora, Profesora Bronisława Rutkowskiego. Dziwnie ono brzmiało, jednakowoż – jak się wydaje, odnosiło się szczególnie do spraw artystycznych. I tu warto by było „zajrzeć” do wnętrza osobowości Profesora Rutkowskiego – mojego nieodżałowanej pamięci nauczyciela i wychowawcy. To jego cechy osobowości, przepełnione pasją artystyczną, zdradzały wewnętrzny niepokój, tak bardzo charakterystyczny dla ludzi o dużej wrażliwości. Właśnie Jemu, Rektorowi kierującemu znaną w świecie uczelnią muzyczną i cieszącemu się wielkim autorytetem, głęboko na sercu leżały najbardziej istotne sprawy młodzieży studenckiej. Pragnął jej zawsze jak najpełniej i kreatywnie służyć, nie tylko z nakazu urzędniczych obowiązków, ale i z autentycznego powołania. Właściwie brakuje mi odwagi, by tę wielką postać dogłębnie przedstawić. Przekracza to moje możliwości. Powiem tylko, iż w ponad pięcioletnim okresie mojego artystycznego dojrzewania w aureoli osobowości Profesora Bronisława Rutkowskiego, otrzymałem o wiele więcej, niż to sobie wyobrażałem, wstępując do tej uczelni. Profesor uformował mnie na całe życie, co pozwoliło mi znaleźć się na niezłym miejscu w świecie sztuki muzycznej i cieszyć się pokaźnym dorobkiem artystycznym i pedagogicznym. Myśli przekazane mi przez Profesora, uniwersalne wartości duchowe i estetyczne oraz suma wiedzy zdobytej w jego klasie, wzbogacona o to, co wyniosłem z klasy fortepianu Profesora Ludwika Stefańskiego i z klasy harmonii i kontrapunktu Profesora Artura Malawskiego, a także zdobywane przeze mnie doświadczenia koncertowe, wszystko to stało się podstawą całej mojej działalności artystycznej i własnej pracy pedagogicznej. Wdzięczność dla moich Profesorów jest dozgonna!

ARS: Wychował Pan grono swoich absolwentów…

JG: Dziś z wielką satysfakcją spoglądam na ich osiągnięcia i niebagatelny dorobek. To ponad sześćdziesięciu moich absolwentów z dwóch uczelni – krakowskiej i warszawskiej, w których dane mi było uczyć. Wielu zdobyło duże uznanie także poza granicami Polski – jedni jako wykonawcy, drudzy jako pedagodzy. Wielu z nich może szczycić się tytułami naukowymi, wielu z nich jest laureatami międzynarodowych konkursów organowych. Dostrzegam w tym szczęśliwą kontynuację szkoły Profesora Bronisława Rutkowskiego. Jego duch jest stale obecny w procesie kształtowania osobowości artystycznych następujących po sobie pokoleń i wydaje wspaniałe owoce. To mnie napawa dumą i bardzo cieszy!